W większości firm, do których przychodzimy, kopie zapasowe „są”. Ktoś kiedyś je skonfigurował, zielona ikonka mruga, program raportuje sukces. Problem w tym, że sukces oznacza tylko jedno: dane udało się zapisać. Nie mówi nic o tym, czy da się je odczytać.
Trzy sposoby, w jakie kopie zawodzą
- Kopiuje się nie to, co trzeba. Program backupuje folder, który dwa lata temu był głównym miejscem pracy. Dziś dokumenty leżą gdzie indziej.
- Kopia leży obok oryginału. Dysk zewnętrzny wpięty na stałe do tego samego komputera zostanie zaszyfrowany razem z nim.
- Nikt nie próbował odtworzenia. Archiwum bywa uszkodzone, hasło do niego dawno zapomniane, a program, który je zrobił, nie jest już instalowany na żadnej maszynie w firmie.
Test, który zajmuje pół godziny
Raz na kwartał wybierz przypadkowy plik sprzed kilku miesięcy i odtwórz go z kopii — na inny komputer niż ten, z którego pochodzi. Nie „sprawdź, czy jest na liście”, tylko otwórz i zobacz, czy się czyta.
Jeżeli to trwa dłużej niż pół godziny albo wymaga telefonu do kogoś, kto akurat jest na urlopie, to nie jest kopia zapasowa — to loteria.
Zasada 3-2-1, bez mistyki
Trzy kopie danych, na dwóch różnych nośnikach, jedna poza siedzibą. To wszystko. Ta ostatnia jest najważniejsza i najczęściej pomijana: chroni przed pożarem, zalaniem, kradzieżą i szyfrowaniem, czyli przed zdarzeniami, które zabierają wszystko, co stoi w jednym pomieszczeniu.
Ile czasu możesz stracić
Zanim wybierzesz rozwiązanie, odpowiedz na dwa pytania: ile godzin pracy firma jest w stanie odtworzyć ręcznie i ile godzin może nie działać. Pierwsza odpowiedź mówi, jak często robić kopie. Druga — ile wolno czekać na odtworzenie. Bez nich każda oferta backupu jest przypadkowa.
